Listy Chopina Listy Chopina

Ludwika Chopin do Fr. Chopina w Paryżu

d. 27 listopada 1831

Nadawca: Chopin Ludwika

Adresat: Fryderyk Chopin (Paryż)


Najdroższy Fryciu. Pojmuję bardzo, że dzisiejszy list zrobi Ci niejaką przykrość z powodu odmiennego po części zdania od Twojego, i żal mi Ciebie, że będziesz miał może cokolwiek ambarasu z tego powodu. — W chwili jakeśmy Twój list odebrali, tak nas ucieszył Kalkbrenner, tak byliśmy zadowoleni, że chociaż już było po godzinie dziewiątej, jak się skończyła lektura, co prędzej zabrałam się do pisania i z uniesieniem donosiłam Ci, że nikt z nas nie jest temu przeciwny, że jednozgodnie posyłamy Ci to upragnione tak, i dziwiłam się nawet, że możesz myśleć, iż Ci się przeciwnie odpisze. Kalkbrenner mnie zachwycił: widziałam w nim już przez imaginację człowieka takiego, jakimi daj Boże, żeby wszyscy byli; widziałam szlachetność, wyższość moralną, słowem, byłabym mu (gdyby o mnie szło) cerograf na siebie napisała, a nawet na Ciebie; Ciebie, mój drogi, nie wahałam się nawet, żeby oddać w ręce. Lecz nazajutrz poszliśmy do poczciwego Elsnera, który nie tylko że Cię kocha, ale może więcej jak ktokolwiek sławy Twojej pragnie i gruntownej wiadomości etc. (może się niedorzecznie wysłowiłam, ale mi to daruj, mój drogi). On tedy po wysłuchaniu listu nie był kontent, tak jak my, z propozycji, krzyknął „już zazdrość, trzy lata", kiwał głową, chociaż ja mu gadałam, zdziwiona, że tak zrazu przeciwnego prawie był zdania, i wystawiałam zalety Kalkbr. i zamiłowanie jego do sztuki, i kilkakrotnie odczytywałam te wyrazy, że jego żaden interes do tego nie powoduje etc. Nic to wszystko nie pomogło. Krzywił się Elsner i powiedział, że sam do Ciebie napisze z dodatkiem: Fryderyka znam, on dobry, nie ma miłości własnej, małą chęć postępu; łatwo go opanują. Ja napiszę mu, jak ja to rozumiem. Istotnie, dziś rano przyniósł list, który Ci posyłam, i jeszcze więcej o tym z nami gadał. My, sądząc w prostocie serca o ludziach, nie myślałyśmy, żeby Kalkb. był czym innym, jak najgodniejszym człowiekiem. Els. zaś niezupełnie tak utrzymuje. I tak dziś gadał: poznali w Fry[deryku] geniusz i już ich korci, żeby wyższym nad nich nie był, więc trzy lata czasu chcą go w swoim trzymać ręku, aby cokolwiek wstrzymać to, co by sama natura popchnęła. Kalbr. z [dwa słowa nieczytelne] nienajpełniejszy zalet Włoch; pani Szyma[nowska] o Kalkbrennerze miała powiedzieć, que c'est un filout[1], więc to jest jakaś spekulacja na Fryderyka — mniejsza, żeby ta tylko, żeby go nazwał elewem swoim — ale tam jest taka, która pomimo zamiłowania sztuki krępowanie Twojej genialności ma na celu. Elsner powiada, że on nie rozumie, co to za szkoły on wymaga, a potem dodaje: jeżeli on ma tę szkołę sam, więc bez zapisywania się na trzy lata, jeżeli to się egzekucji tyczę, Ty to sam pojąć potrafisz i przejąć, jeżeli Ci się podoba. Bo Elsner nie chce, żebyś Ty naśladował, i dobrze się wyrażał: wszelkie naśladowanie nie jest to, co oryginalność; skoro będziesz naśladował, nie będziesz oryginalnym, a chociaż młodszy jesteś, Twoje pomysły mogą być lepsze jak już doświadczonych; masz geniusz wrodzony i Twoje utwory świeższe i lepsze; masz grę Fielda, chociażeś słyszał Żyw[nego] — cóż to dowodzi? A potem p. Elsner nie chce Cię widzieć tylko koncercistą i kompozytorem fortepianowym i egzekutorem sławnym, bo to łatwiejsze i mniej znaczy jak opery pisać, ale chce Cię widzieć tym, do czego Cię pcha natura i do czego Cię usposobiła. Ty masz [wyraz nieczytelny] miejsce między Rossinim, Mozartem itd. Twój geniusz nie ma osiąść na fortepianie i koncertach, Ty z oper masz się unieśmiertelnić. Powiada, że tak ukształcony, jak jesteś, w czym wyżej od wszystkich może w Twoim wieku kiedyś będących, a dziś sławnych autorów, z takim geniuszem powinieneś dążyć tam, gdzie Cię geniusz popędzi, a nie za nikim postępować. Z początku (podobno, jak mówił) śmiano się z Mozarta, nie chciano grać jego kompozycji, tylko, poprzedników, a później dopiero ocenili. Wszystko postępuje, nowy geniusz nie może być tym, co stary. Uważaj dobrze, co Ci Elsner pisze, czytaj z uwagą; zdaje się, że ma rację. On utrzymuje, że to są wszystko frazy, które eblouisują[2] i pomimo szczerości są nieszczere (Boże, czemuż tacy ludzie się znajdują!). Ty czujesz sam, co dobre, bo słysząc tyle osób grających umiałeś jednak ocenić wartość każdego; to samo, żeś ocenić umiał, dowodzi wyższość Twoją. Elsner utrzymuje, że tam wielkiej miłości nie ma do sztuki, tylko do siebie i kieszeni; bardzo się to zdaje daleka kalkulacja, ale tak się tłumaczy: czemuż nie chciał Liszt przyjąć propozycji, kiedy taka dobra, Liszt tak od Ciebie daleki? Czemu sobie innego jakiego nie wynalazł z talentem, którego miałby ambicję postawić na tym stopniu, kiedy się to li egzekucji tyczę. Ofiaruje Ci salę koncertową swoją, a przez cztery miesiące możesz wojażować, bo wtenczas on koncertów dawać nie będzie, bo to nie pora. Ty niby do tego nie należałbyś, ale sama complaisance[3] kazałaby Ci wywiązać się grzecznością; byłbyś zawsze podrzędnym wtedy, kiedy byś mógł być wyżej od niego i wielu. Powiada także: a gdyby Reicha (z którym dziwi się, żeś się jeszcze nie poznał), także przejęty Twoim dobrem, co się tyczę kompozycji, równie ambicjonował i znów Cię chciał na trzy lata zapisać? Rozgniewała go okropnie ta, jak nazwał, śmiałość i arogancja; podanie ołówka do wykreślenia pasażu przejrzawszy tylko partycję, nie słysząc nigdy koncertu w całym efekcie z orkiestrą. Powiada, że gdyby Ci był podał radę, abyś drugi pisząc starał się zrobić krótsze allegro, to co innego; ale już z napisanego kazać wykreślać, tego darować nie może. Porównał to do już wybudowanego domu i kiedy cały skończony stoi, komuś się zdaje, że filar jeden za wiele, i przemieniać chcą rzecz wyjmując go, czyli raczej niszcząc to, co się dobrym nie zdaje. Elsner utrzymuje, że już ten krok jest krokiem do zdegustowania[4] Cię i z daleka dania Ci uczuć, żeś jeszcze nie doskonały. Zaraz dodał: a Kalkbr. koncerta nie długie? chociaż nie tak zachwycające. Z kimże Cię porównywał? Dawał na przykład Hertza, Liszta, Sowiń[skiego]. Zdaje się, że słusznie Elsner utrzymuje, że aby być wyższym, trzeba nie tylko przejść nauczyciela, ale swoich współczesnych. Można ich naśladować i przejść ich, ale wówczas to będzie postępowanie za nimi, a on koniecznie utrzymuje, że Ty dziś czując, co dobre i lepsze, sam sobie drogę torować powinieneś; Twój geniusz będzie Cię prowadził. Jeszcze co dodał: Fryderyk ma tę oryginalność i ten rytm, czy jak tam, z ziemi rodzinnej, który go tym oryginalniejszym przy wzniosłych myślach czyni i charakteryzuje; chciałby, żeby Ci to zostało. W operach dopiero się to lepiej da uczuć, każdy pozna, kto jesteś, co niemało zrobi Ci zwolenników; szczególniej teraz, kiedy masz tam tyle swoich, więcej niż ktokolwiek możesz zrobić wrażenia muzyką Twoją. Elsner Ci radzi, że jeżeliby kto napisał jaką sztuczkę z czasów, cośmy się nie widzieli, żebyś się zajął pomału robieniem muzyki; żebyś nie odrzucił, jeżeli Ci zaproponuje kto. Elsner pragnie, żebyś był wielbiony z koncertów, ale powiada, że to nie Twój punkt ostateczny, bo Ty masz geniusz. Opery Twoje, nie tylko fortepianowa muzyka, mają Cię zrobić pierwszym. O mój drogi Fryciu! biednyś Ty, albowiem przewiduję, że będziesz miał wiele nieprzyjemności, jak się zdecydujesz odmówić. Pan Elsner jednak powiada, że zapewne jeszcze napiszesz nam odpowiedź wprzódy, Kalkbr. czy nie zmniejszył czasu i co to on rozumie przez to piętno europejskie artysty, tę szkołę, której p. E. nie rozumie; bo jeżeli egzekucja, to ją prędzej jak w trzy lata zrozumiesz i do swej metody zastosujesz. Mój drogi Fryciu, my nie rozumiejąc rzeczy ani tak, ani tak Ci nie radzimy, posyłamy Ci uwagi; nie śpiesz się z odpowiedzią, możesz jeszcze napisać, co myślisz, co Kalkbr. na list Elsnera (bo on powiada, że go możesz jemu pokazać). Elsner da Ci radę przyjacielską, bo tu idzie o to, aby Ci tamy w biegu Twoim nie położono. Elsner powiada, że gdyby innym sposobem była ta propozycja zrobiona, nie tak prędko by się na niej było można poznać, ale tak widać łapkę. Nie uwierzysz, jak mnie to boli. Miał rację ten ktoś od dróg, co to był kiedyś u Ciebie, jakeś wystawiał zazdrość, której będziesz powodem przyjechawszy do Pa[ryża]. Nieprzystanie, lubo w najgrzeczniejszy oddane sposób, zawsze nie będzie miłe i boję się złości; a przystać i lepiej drugim jak sobie zrobić, jeszcze w takim względzie, to okropne. Prawda, nie ma jak się uczyć, tego samego co i Ty jesteśmy zdania; człowiek nigdy dość nie umie. Uczyć się pod okiem kogoś, co pragnie naszego postępu, ale tu nie każdemu się zdaje, że pragnie Twego postępu. Bo to wszystko fraszki, żeby to odrzucać dlatego, żeby się nie nazywać elewem, żeby się niby wstydzić uczyć; zostawmy głupcom tę źle zrozumianą miłość własną i wstyd. Ani Ty, ani my nie widzimy w nauce retrogradacji, ale tu, w tym przypadku, obawia się El, żeby te 3 lata, w których byś ogromny mógł zrobić postęp, nie były tamą onego. Nic Ci, mój drogi, nie radzę; niech Tobą instynkt powoduje, sam najlepiej rzecz rozumiesz. El. sądzi, że po odczytaniu jego listu może trochę zmienisz Twoje zdanie i chęć. Co się tyczy lat trzech tam pobytu, to nas nie powoduje bynajmniej, żeby Ci zaraz nie napisać tak, bośmy i tak przygotowani na to, że Cię prędzej nie zobaczymy. I gdybyś miał się fatygować aż do nas z wizytą, nie chcąc, żebyś tak niemiłej dyliżansowej drogi doznawał, gotowi byśmy na wpół drogi do Ciebie pojechać, aby Cię uściskać. Boże, daj Ci tylko zdrowie i żeby tak szczęśliwe były okoliczności, żebyś miał wszystkich przychylnych Tobie. Czemuż ja z Tobą być nie mogę! Nie na wiele co bym się przydała, ale czasem może bym i nie zawadziła. Marceli pisał z Kra[kowa], że w desperacji o Ciebie, bo nic nie wie o Tobie, jeszcześ mu nie odpisał; prosi, żeby się zlitować nad nim i donieść mu, co się z Tobą dzieje. Na przyszły rok będziecie razem. A Fontanę za kilka tygodni obaczysz, bo był u nas wuj jego oneigdaj dowiadując się o Twój adres. Hofmeister pisał do Sennewalda, żeby mu przysłał wszystko to, co jest Twojego do drukowania lub już drukowanego. Był Nowakowski; chciał, żeby dać te ronda, coś dla Moriolles kazał wylitografować, ale Papa nie dał. Czy każesz? to się dadzą. Nie piszesz o Aleksandrince, czy ona istotnie nie zasługuje na Twoje afekcje? List El. możesz pokazać Lesueurowi, nawet masz. — Mój drogi Fryciu, zdrowi wszyscy jesteśmy. [Papa] teraz tyle się męczyć i gadać nie będzie, bo daje kaligrafii w li[ceum], a połowę godzin niemczyzny; wszak dobrze! Pani Sow[ińska] najczulej zawsze się o Ciebie dopytuje. Berend znalazł, że Twój biust podobniejszy jak portret, i Bar[ciński], który onegdaj przyjechał, toż samo. — P. Hoge, który go przywiózł, ucieszył nas dając o Tobie zapewnienie, jakeśmy się pytali, cóż tam robisz, czyś zdrów: „Ej, zdrów i Państwo mogą być spokojni, bo on się potrafi znaleźć." Dobryś, myślę sobie, albo to jeden na świecie taki dobry. Mój drogi Fryciu, może tam do Ciebie się uda niejaki Szymański; weź go w pierwszej chwili w opiekę, to jest, poradź mu, co ma robić, jeżeli Ci się o to zapyta. Jeżeli będzie potrzebował, to mu daj pieniędzy. Matka jego mieszka w tym co i my domu. Bardzo o to prosi, a wiesz, że cudzoziemcowi miło w pierwszym razie znaleźć znajomego przynajmniej, jeżeli nie przyjaciela; Twoje zaś dobre serce będzie mu tym, czego biedna matka by chciała. To Ci Mama kazała napisać. — Poczciwa to osoba. Już zapewne odebrałeś pieniądze dotychczas; serdecznie nas ucieszyło, że się myśl Twoja przeczuła. — Widzę, żeś w lepszym humorze, ale obawiam się, żeby ten ambaras nie popsuł Ci go znowu, lubo, zdaje mi się, na krótko; bo kiedyś tyle dobrych znalazł znajomych, rozweselić Cię potrafią, lubo ludzie nie zawsze rozweselać mogą: czasem by się chciało być od nich daleko. Twój przypisek przeczytawszy, przemazałyśmy zaraz; korciło to starszych, ale się nie dowiedzieli sekretu. Że ja wy[krętów] nie umiem, przyznałam się, że to moja robota przemazanka, i w jakim celu. Pan Fryc głupiuteńki, wielkie terefere. Ani pojmujesz, jakie to przypadki chodzą po ludziach; jak uprzedzenie i zarozumiałość osiądą na mózgu, to mogą być głupstwa przyczyną. Nie uwierzysz, jak ja nad ludźmi boleję! — wczoraj była u nas Eleo[nora] Wolska i onegdaj była; tacy łaskawi, że koniecznie chcą nam siostrzeńca powierzyć, ale nie ma miejsca dla niego. Ładna, ale nie tak, jak obiecywała; na portrecie znalazła Cię tak podobnym, że sobie przypomniała tańczącego Ciebie kozaka dawnymi czasami. Jeżeli Szy[mański] będzie chciał pieniędzy, to możesz mu awansować do stu franków; matka Mamy prosiła. Czy odebrałeś już ten list, co Lorka do Ciebie pisała. [...] Montebella, posyłaliśmy Ci bilecik od Dzie[wanowskiego]. — Pruszakowa już powróciła. Olesia jeszcze panną, ale podobno już niedługo. O ile Twój list zawierał w sobie wiele facecji i nowinek nam miłych, o tyle ten czczy onych zupełnie; ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: lżejszy, prędzej Cię doleci. P. Fryderyk słaby trochę; ma czas chorować. Pan Michał na wsi, zdrów. Kontessa numer I zdechła, żałował, że nie drugi numer. Zuzia ma przyjechać; nie wiem, jak się zdecyduje, biedactwo. Pani Cicho[wska] pojechała do Drezna: grand personnage[5], bo już z synem. Wielkie cas[6] robi z tego bratowa. Pojechała do męża, pisuje do nas; niespokojna, że nie odpisujemy. Ciekawa rzecz jednak, dlaczego do wszystkich listy dochodzą, a do nich by dochodzić nie miały od nas, co jak zły szeląg znani jesteśmy, ale kłamstwo. Skrodzki jeszcze dyszy, ale mu się niewiele co już należy. Bądź zdrów, mój drogi Fryciu; całuję Cię po milion razy. Rób tak, żebyś był kontent i teraz, i potem. — Co się tyczy pisania, byłoby to Cię krępować, wyznaczać czas i chcieć go mieć wyznaczony. Pisuj, kiedy chcesz i jak będziesz miał humor i okoliczności po temu. Pisz dużo. Kochaj nas, bo my Cię nad życie. L. C. Wszyscy znajomi ściskają Cię z duszy, serca: Żyw., Bar., Jędr., Col., Witw. itd.


[1] Que c'est un filou[t] — że to oszust.
[2] Eblouisują (z fr. éblouir) — tu: olśniewają, oślepiają.
[3] Complaisance — uprzejmość.
[4] Zdegutować (z fr. dégoûter) — obrzydzić coś komuś, wzbudzić odrazę.
[5] Grand personnage — wielka figura.
[6] Cas — wydarzenie.
Nadawca Adresat