Listy Chopina Listy Chopina

Do Norberta Alfonsa Kumelskiego w Berlinie

[Paryż, 18 listopada 1831]

Nadawca: Fryderyk Chopin (Paryż)

Adresat: Kumelski Norbert Alfons (Berlin)


Kochane życie moje! Donosisz mi, żeś chorował — czemuż mnie tam nie było! nie byłbym tego dopuścił, i dziwi mnie, że cię skośnego taniec od tego nie wstrzymał. — Bo też nic nie warto myśleć na tym świecie; żebyś tu był, przejąłbyś się tą maksymą — każdy Francuz skacze, wrzeszczy, nawet choć goły. — Dosyć szczęśliwie (ale drogo) dostałem się tutaj — kontent jestem z tego, com tu zastał; — mam pierwszych w świecie muzyków i pierwszą w świecie operę. — Znam Rossiniego — Cherubiniego, Paëra itd., itd., i może dłużej tu zabawię, jak myślałem. — Nie dlatego, żeby mi tu tak zbyt dobrze było, ale dlatego, że powoli może mi być dobrze. — Tyś jednak szczęśliwszy — zbliżasz się ku swoim; moi — może ich nigdy nie zobaczę. — Nie uwierzysz, jak wiele tutaj jest Polaków. Z tych [dwa słowa nieczytelne] ze sobą nie żyją i siebie nie szukają, ale Ty i w Berlinie zastaniesz ich dużo. Freymanek, z którym się cudem jakimsiś na operze włoskiej zszedłem, bawi tu wróciwszy z Anglii, której się odchwalić nie może. — Jego ojciec zaś z familią jest w Berlinie, kazał mi o tym ci donieść, zapewne przyjemnie będzie ci go widzieć, jeżeli cierpisz na te, tak powszechnie u nas panujące, suchoty woreczkowe. — Prócz tego ma tam być i Romuald, o czym możesz się dowiedzieć od Alfonsa Brandta, syna owego doktora z mojego rodzinnego miasta. — Alfons uczy się medycyny — łatwo o niego się dopytać. — Jak znajdziesz, ucałuj, bo to jeden z moich najbliższych przyjaciół — Romuald całe życie w ich domu przesiedział. — On ci może powiedzieć o wielu innych znajomych, którzy tam bawią. — Ile tu Benedykt mnie zapewniał, wie z pewnością, że Karol (konował) w domu, co cię zapewne o Twoją rodzinę uspokoi. Co Seweryn robi, tyle wiem, ile o Antonim i Włodziu. — O Bayerach jednakże myślę się coś dowiedzieć, bo dziś jestem na obiedzie z Radziwiłłem (którego tu zastałem), z Walentym, starszym bratem tego, co ma Stecką — u Komarów, z którymi wiem, że Bayer był w korespondencji. Wczoraj byłem na obiedzie u Pani Potockiej, owej ładnej żony Mieczysława. Powoli lansuję się w świat, ale tylko dukata mam w kieszeni! — Wszak jeszcze lepiej jak ty! Ależ, nic ci nie piszę o wrażeniu, jakie na mnie to duże miasto zrobiło po Studgardzie i Strasburgu. — Jest tu największy przepych, największe świństwo, największa cnota, największy występek, co krok to afisze na wen. horoby[!] — krzyku, wrzasku, turkotu i błota więcej, niźli sobie wystawić można — ginie się w tym roju i wygodnie z tego względu, że nikt się nie pyta, jak kto żyje. Możesz chodzić zimą po ulicy jak obszarpaniec, a bywać w najpierwszych kompaniach — jednego dnia zjesz obiad najsutszy za 32 sous w Restauracji zwierciadlanej, złotem i gazami oświeconej — nazajutrz możesz pójść na śniadanie, gdzie ci jak dla ptaszka dadzą i zapłacisz 3 razy tyle; tak mi się tu z początku zdarzało, aż dopóki nie zapłaciłem należytej frycówki. — Co panien miłosiernych! — gonią za ludźmi, mimo to jednak wcale nie brak tęgich Azdrubalów; żałuję, że pamiątka Teresy, mimo Benedykta starań, który jednak [słowo skreślone] za bardzo coś małego moją biedę uważa, nie dozwala mi kosztować owocu zakazanego. A znam już kilka śpiewaczek — a śpiewaczki tutaj, jeszcze bardziej jak owe tyrolskie, chciałyby duetów. — Nieraz na moim 5-tym piętrze (stoję na Boulevard Poissonière nro 27, nie uwierzysz, jak ładnie mieszkam, mam pokoik ślicznie mahoniowo meblowany, z gankiem na bulwary, z którego widzę od Montmartre do Panteonu i wzdłuż cały piękny świat; zazdrości mi wielu mojego widoku, ale nikt schodów). Otóż nieraz, jak wieczorem przeglądam listy albo wpisuję co w ów sztambuch i zajrzę do litanii, zdaje mi się, że te wszystkie przypomnienia snem, nie daję wiary temu, co istotnie się działo — a szczególniej niepodobnym mi się zdaje wyprawa na Schwarzbach — owi Amerykanie! — Ach! nic równego. — Kiedyż my to sobie oko w oko przypomnimy! — Ja tu 3 lata siedzieć myślę — Bardzo ściśle żyję z Kalkbrennerem, I-szym pianistą w Europie, którego byś pewno polubił. (On jeden, któremu ja rzemyczka u trzewiczka rozwiązać nie godzien. Takie Herze itd. — to ci powiadam, że tylko fanfarony, a lepiej nigdy grać nie będą.) Otóż 3 lata tutaj siedząc, może się Bezendzia doczekani — może znów ucałuję i zagram Stummę. Bądź dobrej myśli — niech Ci się wszystko podług woli dzieje. — Mam nadzieję, że tak się stanie; bierz przykład z Newazendzia, co wielu przyjaciół utracił w polu, co ma starych rodziców i zamiast im pomóc, jeszcze na karku im siedzi, co się kocha jak groch o ścianę, co dziś osierocony z przyjaciół i musi gdzieś tam po Berlinach wzdychać! Twój na zawsze Fryc. Filing z Karwowskim, byłym prosektorem przy naszym Uniwersytecie, na miesiąc do Londynu się puścili. Stańsio pożyczał ode mnie, póki miałem; łazi do Palais Royal — oto cały jego interes przybycia tutaj. Spodziewa się pensji od rządu — jako zasłużony wojażujący Austriak — takich tu huk! [skreślenia] Daruj pośpiechowi mojemu, jeżeli ten świstek zbyt głupio pisany. Ale wiesz, że wolę grać, jak pisać. — Pos.... chory — otóż i twoje „Krzyżu święty nade wszystko" [skreślenia]. Powiedz Alfonsowi, że był u mnie wczoraj Kondratowicz, porucznik, mów mu, niech do mnie także pisze. O śmierci Debolego bardzoś mi à propos doniósł, albowiem kilku jego przyjaciół tutaj bawiących — a dziwiących się, czemu od niego wiadomości nie mają, zupełnie a zupełnie uspokoiłem. — Pisz też do mnie, nie leń się! — [ostatnia linia odcięta].

Nadawca Adresat