Listy Chopina Listy Chopina

Do Tytusa Woyciechowskiego w Poturzynie

Warszawa, dn. 10 kwietnia 1830. Sobota (Rocznica śmierci Emilii!)

Nadawca: Fryderyk Chopin (Warszawa)

Adresat: Woyciechowski Tytus (Poturzyn)


Najdroższe Życie moje! Jeszcze w przeszłym tygodniu miałem ochotę pisać do Ciebie, ale mi tak zeszło, że ani wiem, gdzie się podziało. — Trzeba ci wiedzieć, że się świat nasz straszliwym sposobem rozmuzykował, nie szczędzono nawet Wielkiego Tygodnia i w ten poniedziałek był wieczór duży u Filipeusa, gdzie Pani S a u v a n ładnie śpiewała duet z Semiramidy, a duet buffo z Turka, śpiewany przez Soliwę i Gressera, na żądanie powtórnie akompaniować trzeba było. Innych detali nie będę Ci pisał, prócz, że się Pani Gładkowska o Ciebie pytała. Projekt już gotowy na mający się dać wieczór u Lewickich, gdzie między innymi x. Galitzin będzie grał Kwartet Rodego, zrobi się La Sentinella Hummla i na końcu mój Polonez z violoncellą, do którego dodałem Adagio, introdukcję umyślnie dla Kaczyńskiego. Próbowaliśmy i ujdzie. — To są nowości salonowe, muzykalne, teraz przystępuję do nowości gazetowych, muzycznych, które mię niemniej od salonowych obchodzą, tym bardziej że na mnie dosyć łaskawe wyroki; chciałbym Ci je posłać. W jednym artykule półarkuszowym „Gazety Warszawskiej" musi być dosyć przycinku Elsnerowi, kiedy Soliwa mi na obiedzie u Moriola powiedział, że gdyby nie to, że ma elewki na wystąpieniu, boi się szukać zaczepki, sam by odpisał. Zresztą mówił mi, żeś do niego pisał, spodziewam się więc, że jeżeli Ci odpisze, nie minie tej okoliczności. — Trudno dać Ci wyobrażenie w krótkości o tym wszystkim; żebym mógł, to bym Ci gazety posłał, abyś rzecz zrozumiał należycie. Ale że mądrej głowie dość na słowie, więc Ci tak lekko napomknę, o co tu idzie. — Po moich koncertach sypnęło się mnóstwo recenzji, szczególniej w „Kuryerze Polskim" — jakkolwiek już przesadzonymi tchnęły pochwałami, jednakże jeszcze znieść ich można było. — „Dziennik Urzędowy" także kilka stronic poświęcił moim panegirykom, ale między innymi w jednym ze swoich numerów takie głupstwa mimo najlepszej chęci poklicił, żem był w desperacji od chwili, w której przeczytałem odpowiedź w „Gazecie Polskiej", jak najsprawiedliwiej odejmującej mi to, co tamten z egzageracji przydał. Trzeba ci wiedzieć, że w tym artykule „Dziennika Urzędowego" utrzymuje, że jak Mozartem Niemcy, tak Polacy mną się szczycić będą, nonsens bardzo jasny. — Ale wyżej tenże sam artykuł zawiera, że gdybym się był w jakiego pedanta albo rossynisty (co jest głupim wyrażeniem) ręce dostał, nie byłbym tym, czym (niby) jestem. Jakkolwiek nic nie jestem, ale ma racją, że gdybym był się od Elsnera nie uczył, który mi umiał do przekonania przemówić, pewno bym mniej jeszcze umiał jak dzisiaj. — Ten przycinek rossynistów i wychwalanie obok Elsnera, który już (niby) ucznia wystawił, oburzyło, już wiesz kogo, tak dalece, że w „Gazecie Warszawskiej", zacząwszy niby od Przyjaciół Fredry, a skończywszy na Hrabi Orym, we środku bije, że skąd należy się wdzięczność Elsnerowi, kiedy on z rękawa przecie uczniami sypać nie będzie, i pokazał obok mnie (trzeba Ci wiedzieć, że na drugim moim koncercie grano Symfonię Nowakowskiego), że „z piasku bicza diabeł nie ukręci". Elsner przed 35-ciu laty napisał Kwartet, który ma na tytule „dans le meilleur goût polonais"[1], dodatek naówczas przez editora uczyniony z powodu menuetu polskiego; wyśmiewa się więc recenzja dzisiaj z tego Kwartetu nie wymieniwszy jednakże autora. Soliwa powiada, że tymi samymi wyrazami by się z Cecylii wyśmiał, tym bardziej że w tym artykule, zawsze z miłością i jak najdelikatniej o mnie mówiąc, kilka nosów mi daje i radzi, żebym się Rossiniemu przypatrywał, ale nie przepisywał. Radę tę daje mi w skutku tamtego artykułu, który powiedział, żem oryginalny, czemu „Gazeta Warszawska" nie chce przeczyć. — Jestem proszony na święcone pojutrze do Minasowicza, będzie tam i Kurpiński; ciekawym, co mi powie, bo nie uwierzysz, jak on mnie czule zawsze wita. Widziałem go na koncercie Leszkiewicza, we środę tydzień minął. Mały Leszkiewicz bardzo dobrze gra, ale jeszcze po największej części z łokcia. Ile mi się jednak zdaje, to lepszy z niego gracz będzie jak z Krogulskiego. Zdanie, z którym się jeszcze odezwać nie śmiałem, choć już kilka razy za język ciągniony byłem. Ale dosyć tej muzyki, teraz list mój nie do Pana Amatora muzyki, tylko do Tytusa Woyciechowskiego obywatela rozpoczynam. Wczoraj był Wielki Piątek, cała Warszawa wyszła na groby; i ja z Kostusiem, który onegdaj wrócił z Sannik, jeździłem od jednego do drugiego końca Warszawy. — Kot ci się kłania i à propos tego donoszę Ci, co następuje. Było to rano po lekcji, kiedy zasiadłszy do śniadania z Panną Aleksandrą rozpoczyna się rozmowa, że Pani Sowińskiej mówiono o ślubie Panny Aleksandryny z Panem Mleczko. Powiadam na to, żem nie słyszał; na co mi odpowiedziano, że ponieważ wiedzą, żem zawsze życzliwy temu domowi, więc mam wiedzieć, że: Pan Mleczko po wielkich awanturach się oświadczył. — Pani Pruszak powiada, że nigdy tak okropnej chwili nie miała jak wtenczas, kiedy jej upadł do nóg z płaczem et caetera. Ciekawy rezultatu oświadczyn, czekam, czy mi co o deklaracji nie powiedzą, i właśnie powiedzieli, że jakkolwiek Panu M. czas by był, ale Pannie A. nie czas jeszcze, więc czeka się rok, to jest aż do przyszłych urodzin Panny A., która wówczas sama decydywę akceptować lub odrzucić może. Pan M. jednakże wczoraj z nimi groby objeżdżał. — Obniski Ci się kłania. Geysmer Ci się kłania. Łączyńskiego spotkałem onegdaj, strasznie mi zmizerniał... i brata Karola widziałem, ślicznie jak pączek wygląda. Aha, bryftreger! i list... od Ciebie. O, najdroższy, jakiś Ty poczciwy! — Bo że ja o Tobie myślę, to nie dziw! — Ile widzę z Twego listu, to tylko „Kuryera Warszawskiego" czytałeś, jeżeli możesz, czytajże „Kuryerów Polskich" i 91 numer „Gazety Warszawskiej". Twoje rady względem wieczorów są słuszne i dlatego im kilka odmówiłem, jak żebym Cię przeczuł, bo nie uwierzysz, jak mi stoisz w myśli przy każdym nieledwie uczynku. Nie wiem, czy to dlatego, żem się przy Tobie czuć nauczył, ale kiedy co piszę, rad bym wiedzieć, czy ci się podoba, i zdaje mi się, że mój drugi Koncert e-moll poty w moim przekonaniu wartości mieć nie będzie, póki go Ty nie usłyszysz. Dziś był Bromirski prosić mię na czwartek i zaręczam, że go widzisz z kwitkiem odchodzącego. — Co się Gąsiego tyczę, spotkałem go onegdaj, o Tobie mowa była; smutno chodzi, narzeka na nieprzyjazne sztukom okoliczności; jak go zobaczę, co spodziewam się, że dziś jeszcze nastąpi, zaraz mu powiem, żeś do mnie pisał. — Nie mam na podorędziu nic posłać z bzdurstw, bo nawet nie warto. Co się tyczę 3-go koncertu, którego tu oczekują teraz jeszcze tym bardziej — nie dam, aż krótko przed wyjazdem i nowy grałbym; ten nowy, jeszcze nie skończony; grałbym Fantazją polską, której żądają, i Wariacje dla Ciebie, na które tylko czekam. Albowiem już jarmark w Lipsku się rozpoczął, to i Brzezina dostanie transport. — Ten, co mię szampanem na 2-gim koncercie chciał częstować, ów Francuz z Petersburga, co go za Fielda miano, jest to jeden z uczniów Konserw. Paryskiego, zwie się Dunst. Był u Soliwy, miał być u mnie, jak mi tamten mówił, alem go jeszcze nie widział. Koncerta dawał w Petersburgu i wiodły mu się; musi więc dobrze grać. Dziwno Ci pewno, że Francuz z Petersburga i niemieckie nosi nazwisko. — Właśnie przejechał Kocio ze Skarżyńskim Walerym, a za nimi jedzie Gendre; ekwipaże rulują, kapelusze damskie się pstrzą z daleka, piękny czas. —Otóż i Celiński, mój egzekutor spacerowy; poczciwy, dba o moje zdrowie. Pójdę z nim na ulicę, może zobaczę kogo, co mi Ciebie przypomni; a ja Ciebie tylko kocham. F. Chopin. Moi Rodzice ukłony i najszczersze pozdrowienia wraz z siostrami zasyłają. — I Pan Żywny — boby mię wyłajał. A propos, do śmiesznych nowin należy, że Orłowski z moich tematów mazurki i galopady porobił, które atoli prosiłem, aby nie drukował. Hrabia Ory ładny, szczególniej instrumentowanie i chóry. Finał pierwszego aktu piękny.


[1] Dens le meilleur goût polonais — w najlepszym polskim stylu.
Nadawca Adresat