Listy Chopina Listy Chopina

Do Tytusa Woyciechowskiego w Poturzynie

Paryż, dnia 12 grud. 1831

Nadawca: Fryderyk Chopin (Paryż)

Adresat: Woyciechowski Tytus (Poturzyn)


Najdroższe życie moje! Odżyłem, jakem list Twój odebrał. Twoja kontuzja! Rozmaite wieści mię dochodziły, rozmaicie sobie wyrazy listów z domu tłumaczyłem, a Kot, co do mnie pisał, tak się w liście dziwnie jakoś wyraził, żem się bał myśli, które mi się tłoczyły. Przecie że jeszcze w życiu się spotkamy! Co odmian, co biedy - któż by to kiedy był przewidział. — Pamiętasz nocną radę w Wiedniu wigilią wyjazdu twojego! Mnie tu wiatr zapędził; — oddycha się słodko — ale może też dlatego więcej się wzdycha, że łatwo. Paryż jest to wszystko, co chcesz — możesz się bawić, nudzić, śmiać, płakać, wszystko robić, co Ci się podoba, i nikt na Cię nie spojrzy, bo tutaj tysiące toż samo robiących co Ty — i każdy swoją drogą. Jakoż nie wiem, czy gdzie więcej pianistów jak w Paryżu - nie wiem, czy gdzie więcej osłów i więcej wirtuozów jak tu. Trzeba Ci wiedzieć, że przyjechałem tutaj z bardzo małymi rekomendacjami. Malfati dał mi list do Paera, kilka listów z Wiednia miałem do editorów, i na tym koniec. Albowiem w Studgardzie, gdzie mnie doszła wiadomość o wzięciu Warszawy, tam dopiero zupełnie zdecydowałem się udać w ten inny świat. Przez Paera, który tu jest dworskim kapelmajstrem, poznałem Rossiniego, Cherubiniego itd., Baillota itd. Przez niego także poznałem Kalkbrennera. Nie uwierzysz, ile byłem ciekaw Herza, Liszta, Hillera itd., wszystko to są zera przeciw Kalkbrennerowi. Przyznam Ci się, że jak Herz grałem, ale chciałbym grać jak Kalkbrenner. Jeżeli Paganini perfekcja, to Kalkbrenner paralel jemu, ale w zupełnie innym rodzaju. Trudno Ci opisać jego kalm[1], jego dotknienie czarujące - równość niesłychana i to mistrzostwo malujące się w każdej nocie jego - jest to olbrzym depczący Herzów, Czernych itd., a tym samym i mnie. — Cóż się dzieje? — Prezentowany Kalkbrennerowi, prosi mnie, żeby mu coś zagrać. Rad nie rad, nie słysząc go wprzód, a wiedząc, jak Herz gra, zdjąwszy pychę z serca siadam. Zagrałem mój e-moll, którego nadreńscy Lindpaintnerowie, Bergi, Stuntze, Schunki i cała Bawaria odchwalić się nie mogła. Zadziwiłem Pana Kalkbr., który natychmiast adresował mi pytanie, czym nie uczniem Fielda, że mam grę Cramerowską, a uderzenie Fieldowskie. — (Ucieszyło mnie to w duszy), a jeszcze bardziej, gdy usiadłszy do fortepianu Kalkbr., chcąc się przede mną wysadzić, omylił się i musiał ustać! Ale też trzeba było słuchać, jak zrobił repryzę; nic podobnego nie myślałem. Od tego czasu codziennie widujemy się, albo on u mnie, albo ja u niego — a poznawszy mię dobrze, robi propozycją, żeby trzy lata u niego się uczyć, a zrobi ze mnie coś bardzo, bardzo. Powiedziałem mu, że wiem, ile mi nie dostaje, ale że go nie chcę naśladować i 3 lata za dużo. Tymczasem przekonał mnie, że mogę ślicznie grać, kiedym natchniony, a kiepsko, kiedy nie - rzecz, która mi się nigdy nie zdarza. Powiedział mi, przypatrzywszy się bliżej, że nie mam szkoły — że jestem na ślicznej drodze, ale się zderutować[2] mogę. — Że nie będzie reprezentanta szkoły wielkiej fortepianowej po jego śmierci albo jak on zupełnie grać nie będzie. Że nie mogę budować, choćbym chciał, nowej szkoły nie znając starej — słowem, że nie jestem doskonałą machiną, a tym samym krępuję bieg myśli moich. Że mam piętno w kompozycji, szkoda by było, żebym nie był tym, czym być obiecuję itd., itd. Przy tym żebyś tu był, sam byś powiedział: ucz się, chłopcze, póki czas. Wielu mi tego odradzało - sądząc, iż ja tak dobrze grać potrafię, jak on, że to czyni przez pychę, żeby potem mnie swoim uczniem nazywał itd., itd. To wszystko są facecje. Trzeba wiedzieć, że o ile tu dla talentu Kalkbr. mają wszyscy, a wszyscy uszanowanie, o tyle jego osoby nie cierpią — bo się nie z lada durniem paniebraci, i jak Cię kocham, jest coś wyższego nad wszystkich, com słyszał. Pisałem o tym do Rodziców. — Oni jakoś przystają. Ale Elsnerowi zdaje się to zazdrością. Pomimo to (trzeba Ci wiedzieć, że już tu mam między artystami ogromne imię) daję koncert 25 grudnia. Baillot, ów sławny rywal Paganiniego, gra, Brodt, sławny oboista, ja daję mój f-moll. Wariacje B-dur, na które odebrałem przed paru dniami z Kassel od jednego Niemca, zaantuzjazmowanego [!] tymi Wariacjami, dziesięcioarkuszową recenzję, gdzie po ogromnych przedmowach przystępuje do rozbioru onych takt za taktem — tłomaczy, że to nie są wariacje jak każde inne, tylko że to jest jakieś fantastyczne tableau [3]. — Na drugą Wariację mówi, że Don Juan z leporellom biega, na 3-cią, że ściska Berlinkę, a Mazetto w lewej ręce się gniewa — a na Adagia 5-ty takt powiada, że Don Juan całuje Zerlinkę w Des-dur. Plater  pytał mi się wczoraj, gdzie ona ma ten Des-dur itd. Umierać z imaginacji Niemca, który się uparł, żeby szwagier jego Felisowi do „Revue Musicale" to podał, od czego mnie poczciwy Hiller, chłopiec z ogromnym talentem (uczeń były Humla, którego Koncert zaonegdajszy i Symfonia wielki  efekt zrobiła — jest to w rodzaju Beethovena, ale pełny poezji, ognia i ducha człowiek), ledwie mnie od tego obronił, mówiąc temu panu Szwagrowi, że to zamiast mądrym jest bardzo głupim. Ależ do koncertu się wróćmy. Prócz tego gram z Kalkbrennerem na dwa fortepiany z akompaniamentem 4 innych jego Marsza suicie d'une Polonaise. Jest to szalona myśl. Jeden jest ogromny pantalion, który się Kalkbrennerowi, a drugi malutki monokordowy, ale donośny jak dzwoneczki żyrafek, co do mnie należy, a tamte cztery duże jak orkiestra. Hiller, Osborn, Stamaty i Sowiński będą ja trzymać. Ten ostatni ani się umywał do Alex. nieboszczyka (którego tu elewkę poznałem). Głowa nietęga, tylko figura dobra i serce. Norblin, Vidal, sławny Urhan — altówka — jakiego nigdy nie słyszałem, pomagają mi. Bilety plasują się. Śpiewaczki najtrudniej było dostać. Rossini byłby mnie z opery pozwolił której, gdyby sam mógł to czynić, bez pana Robert, drugiego dyrektora, który się nie chciał na 200 lub 300 podobnych narażać próśb. Ale Ci nic dotychczas o operze nie pisałem. Anim słyszał Cyrulika jak w przeszły tydzień przez Lablacha, Rubiniego i Malibran (Garcia). Anim słyszał Otella jak przez  Rubiniego, Pastę i Lablacha; - Włoszki jak przez Rubiniego, Lablacha i Mme Raimbeaux. Jeżeli kiedy. To teraz wszystko mam w Paryżu. Nie wystawisz sobie, co to jest Lablache! Pasta, mówią, że straciła, ale jeszcze nic wznioślejszego nie widziałem. Malibran cudownym głosem swoim tylko bierze, a śpiewa jak żadna! Cudo! Cudo! Rubini tenor doskonały, bierze realnym, nie fosetem i rulady czasem 2 godziny robi (ale czasem za długo broderuje i trzęsie głosem umyślnie, prócz tego treluje bez końca, co mu jednak największe oklaski zsyła). Jego mezuza voce jest nie do porównania. Jest tu Schröder-Devrient — ale nie robi furory takiej jak w Niemczech. Pani Malibran grała rolę Otella, a ona Desdemonę. Malibran mała, a Niemka ogromna, zdawało się, że Niemka Otella zadusi. Kosztowna to była reprezentacja, nie więcej, tylko 24 franki wszystkie miejsca - żeby widzieć Malibran czarną i nietęgo w tej roli grającą. Mają dać Piratę i Somnmbulę itd. Pasta już wyjechała - mówią, że nie będzie więcej śpiewać. Orkiestra cudowna, niejednaka w porównaniu z prawdziwą francuską operą (l'Académie Royale). — Jeżeli kiedy był jaki przepych na teatrze, to nie wiem, czy dochodził stopnia przepychu Robert le Diable, nowiutkiej 5-cioaktowej opery Mayerbera, co Crociato pisał. To arcydzieło nowej szkoły — gdzie diabły (chóry ogromne) przez tuby śpiewają, gdzie dusze z grobów powstają, ale nie tak, jak w Szarlatanie, tylko po 50,60 grupowane, gdzie diorama na teatrze, gdzie na końcu interieur[4] kościoła widać i cały kościół na Boże Narodzenie czy Wielkanoc w świetle z mnichami i wszystką publicznością w ławkach, z kadzidłami, co większe: z organami, których głos na scenie czaruje i zadziwia, i całą orkiestrę nieledwie pokrywa — nic takiego nigdzie nie będą mogli wystawić. — Mayerber się unieśmiertelnił! Ale też trzy lata siedział w Paryżu, nim ją wystawił, 20 000 franków, jak mówią, łożył na aktorstwo. Pani  Cinti-Damoreau też tak śpiewa, jak nie można doskonalej — wolę jej śpiew jak Malibran. Malibran zadziwia, Cinti zachwyca — i gammy chromatyczne lepiej robi jak Tulon, sławny na flecie. Nie można mieć głosu lepiej wydoskonalonego, tak ją mało kosztuje, że zdaje się, iż chucha na publiczność. Nourrit, francuski tenor, jest zadziwiający swoim uczuciem. — A Cholet na Opéra Comique, gdzie dają Fra Diabolo, La Fiancée i Zampa (nowa, śliczna opera Herolda), jest to ten pierwszy tu amant, séducteur[5] — drażniący — cudny, z romansowym prawdziwym głosem geniusz. Utworzył sobie rodzaj. Na Opéra Comique dają teraz Marquise de Brinvilière, baba, co truła ludzi za czasów Ludwika 14 czy 15. Muzykę do niej robiło ośmiu: Cherubini, Paer, Berton, Herold, Auber, Bâton, Blanguini i Caraffa. — Spodziewam się, że trudno znaleźć piękniejszą kompanię do koncertu! Pisz mi, co Ci się zdaje, potem jednak musisz uważać, że nie zdurniłem się — ani się chcę zbłaźnić. — Pixis z wielkim uszanowaniem dla mnie — już to dlatego, że gram, już to, że zazdrosny swojej dziewczyny, która na mnie lepiej patrzy jak na niego! — Pisz do mnie na miłość boską — albo przyjedź; twój do zgonu, a może niedługo F. Chopin. Potier stary jest wyborny! Młody z Herwetem są tu. I Evra, i Tiery, i Filés, ale ich nie widziałem. Mieszkam Boulevard Poissonière Nro 27, a tyś mi swojego mieszkania nie doniósł, musiałem u Wodzińskiego się dowiedzieć. Fortepiany Pleyelowskie non plus ultra. — Z Polaków Kunasika, Morawskiego, Niemoj[owskiego], Lelewela, Plichtę widuję, a zresztą ogromna moc durniów. U Panny Jaczorek często się bywa, ale nic więcej. Ładna. Oleszczyńska ma w perspektywie mnie sztychować. Byłem z Brykczyńskim onegdaj u Tyszkiewiczowej z wizytą, ale Poniatowskiego jeszcze nie ma; do Montabella dziś idę. Gdyby nie Wodzińscy, nie wiedziałbym twego adresu, roztrzepańcze. Wodzińscy Ciebie się spodziewają tutaj, ja tylko czasem bym Cię chciał, bo ledwo nie zwariuję z tęsknoty, szczególniej, kiedy deszcz. Panna Gładkowska poszła za Grabowskiego, ale to nie przeszkadza afektom platonicznym. W ten moment Baillot przyszedł. Pieczętuję list. Kochaj mię. Nie mogę przenieść na sobie, żeby Ci mojej awanturki z Pixisem nie napisać. Wystawże sobie, ma on bardzo ładną 15-letnią panieneczkę u siebie, z którą (jak mówi) żenić się myśli, a z którą ja się w Studgardzie u niego bywając poznałem. — Pixis  przyjechawszy tu zaprasza mnie do siebie nic nie mówiąc ( bo może byłbym prędzej go odwiedził), że i ta jego panna, o której ja już zapomniałem, z nim przyjechała. Prosi mnie, żeby go odwiedzić, więc w tydzień idę. Aż na schodach z wielkim ukontentowaniem spotyka mnie jego młoda pupilka, zaprasza mnie do siebie, że to nic nie szkodzi, że Pana Pixisa nie ma — że on zaraz przyjdzie itd. (Jakaś drżączka nas oboje bierze.) — Ekskuzuję się wiedząc, że stary zazdrośny, że inną razą wejdę itd., tymczasem, gdy my tak czule na schodkach w niewinności serca z przymileniem sobie rozprawiamy, lezie Pixisko, patrzy (na kształt Soliwy) przez grube okulary, któż tam na górze z jego bellą rozmawia — i przyśpieszywszy bzdyczysko kroku zatrzymuje się przede mną, brusquement mówi: „Bon jour", a do niej: „Qu'est ce que sous faites ici?"[6] — i ogromną jeremiadę niemieckich diabłów na nią, że ona śmie w jego nieobecności młodych ludzi przyjmować. Ja także z uśmiechem (i nie czując się do niczego) potakuję Pixisowi i na nią nastaję, że tak lekko (a tylko w materialnej sukience) wychodzi z pokoju itd. Aż przecie się stary pomiarkował, ochłonął wziął mię pod rękę, do salonu wprowadził, nie wiedział, gdzie mnie posadzić ze strachu (żebym mu, rozgniewawszy się, kiedy go w domu nie będzie, jakiego figla, a raczej pupil nie wyrżnął). Sprawdził mię później ze schodów, a widząc, że ja ciągle jakoś śmiejący się w duszy (nie mogłem pokryć uciechy, jaką pierwszy raz miałem z tego, że mię ludzie capable[7] czegoś podobnego sądzić mogą) — widziałem, jak wszedł do portierki pytać się, czy dawno, jak ja wszedłem na schody itd. Od tego czasu Pixis nie może się wychwalić mojego talentu przed wszystkimi editorami, a szczególniej przed Schlesingerem, który mię angażował pisać coś z tematów Roberta, którego od Meyerbeera za 24 000 franków kupił! — Jak Ci się podoba? Ze mnie séducteur! 


[1] Kalm ( z fr. calme) — spokój.
[2] Zderutować (z fr. dérouter) — wykoleić.
[3] Tableau — obraz.
[4] Intérieur — wnętrze
[5] Séducteur — uwodziciel.
[6] Brusquement — brutalnie; qu'est ce que vous faites ici? — co ty tu robisz?
[7] Capable — zdolny.
Nadawca Adresat